Serwis Fictomercial ma przyjemność zaprosić cię do niezwykłej lektury – przed tobą wywiad ze znakomitą pisarką, Katarzyną Anną Urbanowicz. Mamy nadzieję, że uda nam się przybliżyć ci bogatą, oryginalną osobowość autorki i zachęcić także do sięgnięcia po najnowszą książkę jej pióra, pod tajemniczym tytułem Papieżyca Odwrócona

O czym i jaka jest najnowsza powieść Katarzyny Anny Urbanowicz (wydana pod koniec 2019 r.)? Tego dowiesz się z poniższej rozmowy poprowadzonej przez Justynę Karolak – redaktorkę współpracującą z fictomercial.pl. Z dumą powiemy, że Justyna wykonała korektę Papieżycy Odwróconej, a poza byciem redaktorką (i korektorką), na co dzień zajmuje się także powieściopisarstwem.

I tak oto – w ramach poniższego wywiadu – spotkały się dwie osobowości pisarskie, a więc kreatywne, ale też racjonalne, o silnym zmyśle analitycznym: Katarzyna – dojrzały człowiek i twórca literatury, umysł imponujący, ze słowem pisanym spleciony od dekad. I Justyna – jak sama o sobie mówi: człowiek, pisarz, redaktor, a nawet kobieta…

Czyżby spotkanie dwu bratnich… siostrzanych dusz…?

Oceń, prosimy, sam – my ze swej strony możemy zapewnić, że wielką dla nas frajdą jest otwierać przestrzeń platformy pisarskiej i czytelniczej naszego serwisu dla takich osobowości. Życzymy toteż i sobie, i tobie, czytelniku, abyśmy dalej mogli być świadkami wspaniałej i rozwijającej się relacji Katarzyny i Justyny. Dodamy też, że Papieżyca Odwrócona ujęła nas świadomością pisarską, skrzętnym nakreśleniem struktury powieści i nietuzinkową fabułą, więc polecamy książkę z radością i czystym sumieniem, zresztą…

Więcej o Papieżycy Odwróconej, jak wspomnieliśmy: w wywiadzie. Będzie także o życiu, o zmieniających się wraz z postępem cywilizacji konwencjach literackich, i o tym, jak dojrzały umysł pisarski ocenia to, co nadaje Netflix…

Zapraszamy cię serdecznie do czytania!

– redakcja fictomercial.pl

„Gdzieś tam w odmętach klęsk są bratnie dusze!”, czyli wywiad z Katarzyną Anną Urbanowicz, autorką powieści pt. „Papieżyca Odwrócona” (2019) – rozmawia pisarka i redaktorka Justyna Karolak

Justyna Karolak: Dziękuję, że przyjęła Pani zaproszenie do tego wywiadu. Każda rozmowa z Panią jest interesująca i cieszę się, że dziś mamy szansę wpuścić czytelników do naszych dyskusji o literaturze – bardzo mi miło z tego powodu.

Katarzyna Anna Urbanowicz: Dziękuję, ja także się cieszę, choć mam pewne wątpliwości. Nie jestem pewna, czy większość czytelników jest zainteresowana pogłębioną analizą czyjejś twórczości, wszak nawet o naszej ostatniej noblistce – Oldze Tokarczuk – toczy się jedynie dyskusje przywołujące polityczne aspekty jej wypowiedzi, ignorując zupełnie wymowę i problemy poszczególnych powieści. Z jej wypowiedzi zapamiętano jedynie „czułość narratora”, więcej uwagi poświęcając krojowi sukienki i miejsca zajmowanego na bankiecie.

J.K.: Na szczęście nasza rozmowa zostanie udostępniona w formie artykułu do czytania, nikt więc nie będzie komentował naszych sukienek… chyba. Pozwolę sobie zatem przejść do pierwszego pytania: pisanie literatury zaczęła Pani od fantastyki. Co skłoniło Panią do rezygnacji z tej konwencji: czy z upływem lat stała się ona za ciasna i nie chciała już pomieścić w sobie tych historii, które Pani jako pisarka w sobie nosi i potrzebuje światu opowiadać, czy po prostu zmieniły się Pani upodobania?

K.A.U.: Fantastyka w początkach swojego rozkwitu w latach 60. i 70. była formą protestu młodych ludzi przeciwko światu schyłkowego PRL-u, w przeciwieństwie do lat 50., gdy poddawała się kultowi postępu technicznego. Cenzura polityczna tekstów działała sprawnie i mimo wysokiego poziomu prezentowanego przez cenzorów – powieści SF, których akcja toczyła się w wymyślonych światach, doskonale omijały tematy niepożądane, często stanowiąc alibi dla samych cenzorów. Z własnej twórczości wiem doskonale, jak łatwo wykorzystać wymyślone światy dla prezentacji własnego zdania, drwiny z jakiegoś polityka czy ujawnienia niewygodnych faktów. W jednym ze swoich opowiadań o czarownicy – w usta burmistrza średniowiecznego miasteczka włożyłam fragment przemówienia pewnego współczesnego polskiego polityka, któremu to przemówienie miałam za złe. Bardzo mnie bawił ten psikus. Pisząc u schyłku PRL-u pracę magisterską z teorii ryzyka, które w gospodarce planowanej było niedopuszczalne, z braku podbudowy teoretycznej do moich poglądów zamieściłam fragment swojego opowiadania Plama na wodzie, gdzie taką teorię wymyśliłam na potrzeby opisywanej historii.

Jednak ta zabawa, jak wszystkie tego rodzaju igraszki, musiała się skończyć. Przyszedł nowy czas, lata 90. ubiegłego wieku, wszystko się zmieniło, trudno było kpić z rzeczy, o których niewiele się wiedziało. Literatura SF zaczęła zbliżać się do czystej rozrywki, przestawała być zbiorem tekstów, które czytało się, uwzględniając drugie, a nawet trzecie dno. Poza tym słynna grupa literacka Klub Tfurcuf, do której należałam, była typowo męską grupą i w którymś momencie moi koledzy i przyjaciele przestali rozumieć moje rozterki. Oni traktowali literaturę zawodowo, jako źródło utrzymania, ja miałam wymagającą pracę, kończyłam studia i w okresie stanu wojennego i czasu niedoboru, nocnych kolejek oraz kartek, dbałam o zaspokojenie potrzeb rodziny. Problemy, z którymi się zmagałam, wydawały mi się bardziej rzeczywiste, wymagające innego rodzaju tekstów: skondensowanych, poświęconych sprawom ważnym. W tym czasie na ponad dwadzieścia lat odłożyłam pisanie na bok, poza jednym czy dwoma krótkimi opowiadaniami, ale sama się tego nie spodziewając, mimowolnie zdobyłam ogromną ilość doświadczeń z rzeczywistego życia zwyczajnych ludzi. W pewnym sensie stałam się ich orędowniczką.

J.K.: Wnioskuję z Pani wypowiedzi – jeśli mylnie, proszę mnie śmiało poprawić – że odchodząc od konwencji fantastycznej, odeszła Pani de facto nie od samej konwencji literackiej, tylko od traktowania literatury jako typowej, niepogłębionej rozrywki. Wskazała Pani, że w latach 60. i 70. fantastyka była formą protestu, polem dla igraszek czy psikusów czynionych przez pisarzy wobec rzeczywistości realnej, rozumiem więc, że w Pani poczuciu późniejsza fantastyka zmieniła się w nieco płytszą formułę literacką, to znaczy taką, która przestała bawić na tych subtelnych poziomach dowcipu czy figla. Czy w takim razie uważa Pani, że literatura piękna i popularna oddzieliły się od siebie wyraźniej – ten podział w XXI wieku wzmocnił się? W sensie: rozrywka jest już jedynie rozrywką, a igranie ze słowem pisanym stało się domeną literatury pięknej? Pytam o to, czy uważa Pani, że w typie rozrywkowym literatury rzeczywiście nie ma już miejsca na przemycanie treści niedosłownych, a wysublimowanych.

K.A.U.: Jestem nawet pewna, że literatura piękna i fantastyka oddzieliły się od siebie, podobnie jak – ku mojemu ubolewaniu – literatura piękna i literatura kobieca. To jak w tym dowcipie o studencie za czasów PRL-u, który mówiąc na egzaminie o demokracji, pominął demokrację socjalistyczną, zaś na uwagę zwróconą przez egzaminatora odpowiedział,że dodając określający przymiotnik, usuwamy pierwotne, źródłowe pojęcie.

Mam bardzo niedobre doświadczenia z Sierotką [mowa o poprzedniej powieści pisarki, wydanej w 2016 r. – przyp. red.], która zaszeregowana do literatury kobiecej, uznana została za nie dość odpowiadającą wymaganiom tego typu literatury, która musi być delikatna, miękka, pozytywna w wymowie. Wydawcom to się nie podobało, jednakże test przeprowadzony na czytelniczkach pewnego domu pomocy społecznej wykazał pełną aprobatę dla książki. Fantastyka wprawdzie dopuszcza większą liczbę twardych, dramatycznych wydarzeń, jednakże, podobnie jak w sensacji, są to przeważnie wydarzenia jednego rodzaju, typu męskiego. Ikoną okładkową jest umięśniona piękność, skąpo ubrana, z wymyślną bronią w rękach. Nie przez przypadek zaginęła prawie odmiana fantastyki – fantastyka naukowa, wymagająca trochę wiedzy od autora i zainteresowania w czytelnikach, nie zawsze łatwa i bezrefleksyjna. Nie dotyczy to, co oczywiste, całej literatury tego gatunku, ale wydawanej większości; znaczna liczba dobrej literatury, nawet uznanych pisarzy, nie przebija się przez sito wydawców.

Nie chcę powiedzieć przez to, że kategoryzacja literatury jest jakimś złem, ale jej powszechne pojmowanie, jako że wymyślone i dokonywane jest przez handlowców, czyni z niej typowy produkt przeznaczony do sprzedaży. W dodatku w przeciwieństwie do innych towarów, bardzo wnikliwie badanych pod kątem walorów dla określonych kategorii kupujących, przy tego rodzaju literaturze bierze się pod uwagę przede wszystkim młodych ludzi, nie zawracając sobie głowy resztą społeczeństwa. Dotyczy to szczególnie literatury w Polsce, bo poza jej granicami jednak bardziej szanuje się literaturę piękną i jej czytelników. Nie wyobrażam sobie, aby było możliwe takie kuriozum, że minister kultury oficjalnie przyznaje się do niechęci przeczytania jakiejkolwiek książki Olgi Tokarczuk, a jest ona pisarką wszechstronną, o różnym poziomie trudności.

To, że fantastykę polubiła przede wszystkim młodzież, że łatwo związać ją z przemysłem filmowym, gier i gadżetów przynoszących dodatkowe dochody, przesądziło o jej popularności.

Refleksje przychodzą przy okazji takich wywiadów jak ten

J.K.: W kontraście wobec powyższego powiem, że Papieżyca Odwrócona wprawdzie zawiera elementy fantastyki, ale są one subtelne – to drobne komponenty, które jedynie delikatnie sugerują czytelnikowi, że świat może być szerszy i dziwniejszy, niż widzimy go na co dzień, ale te elementy nie przeciążają ani stylistyki, ani treści powieści. Jest w niej dużo realizmu i powiedziałabym, że także goryczy życia. Czy to nie jest więc przypadkiem tak, że im pisarz dojrzalszy, tym bardziej chce swoimi utworami dotykać realnego życia, przyglądać mu się prostolinijnie i jednocześnie pilnie, aby opisywać je takim, jakim ono rzeczywiście było lub jest?

K.A.U.: Tak, trafiła Pani w sedno. Im człowiek starszy, tym bardziej bliskie jest mu przekonanie, iż szkoda czasu na zwykłą zabawę, trzeba wykorzystać go na rzeczy ważniejsze. Jednocześnie pisarz staje się bardziej samodzielny, przestaje przejmować się tym, że tak zwana ezoteryka jest czymś uwłaczającym, niegodnym człowieka myślącego, wyśmiewanym. Już wie o życiu sporo, ma przykłady własne i z otoczenia. Potrafi także własne losy sytuować w meandrach historii i lokować w dziejach rodziny. Ja zaczęłam od spisania historii rodziny. Powstało ponad tysiąc stron tekstu, będących bazą moich przemyśleń i świadectwa mojego zakorzenienia.

J.K.: Do tematu ezoteryki, choć osobiście wolałabym powiedzieć, że astrologii, wrócimy jeszcze, ale teraz, jeśli Pani pozwoli, chciałabym nawiązać do początków Pani drogi pisarskiej. Zaczęła Pani pisać i wydawać w latach 80. – proszę powiedzieć, jak ocenia Pani powinności literatury w tamtym czasie, a jak dzisiaj. Jak tworzyło się literaturę dekady temu, a jak tworzy się ją obecnie? Co zmieniło się w procesach pisarskich, które Pani obserwuje, i w Pani samej jako pisarce? Czy literatura dzisiaj domaga się od Pani jako czytelniczki i pisarki czegoś nowego, innego?

K.A.U.: Może Panią rozbawię, ale mnie najbardziej absorbowała technika pisania. Zazwyczaj myśli wyprzedzały szybkość i możliwość ich zapisywania. Rękopisy wymagały poprawek, przepisywania na maszynie. Zaczęłam więc od razu pisać na maszynie, co jednak spowalniało działanie. Potem przyszły komputery. Poprawianie tekstu było o wiele prostsze, cóż, kiedy układ klawiatury komputera a maszyn do pisania był zupełnie odmienny, wyćwiczoną szybkość doganiania swoich myśli tamowała możliwość wyćwiczenia szybkości pisania na komputerze. Potem te wszystkie programy, nieustanne ich zmiany, myślenie programistów odmienne od myślenia humanistów, podpowiadacze, z którymi trzeba walczyć, bo zmieniają język literacki na urzędowy… Brrr.

Wszystko to przesuwa dziś ciężar pracy – przynajmniej mojej – z instynktownej na kalkulacyjną, na nieustanne poprawianie, a nie na pierwotny zapis, jak było kiedyś. Krótkie chwile uniesienia w „natchnieniu”, którymi żyje pisarz, i miesiące korekt, żmudnej dłubaniny, często w zniechęceniu.

Odbija się to na tekście. Mój dziadek, którego powieści przetrwały do dziś w rękopisach na zżółkłym, zleżałym papierze, pisał powieści, które dziś oceniłabym jako zdecydowanie „przegadane”. Ja maksymalnie kondensuję treść i możliwe, że jest to różnica widoczna przy porównywaniu twórczości dawniejszej i obecnej, biorąc rzecz statystycznie.

Ale bywa i lepiej. Ostatnio odkryłam możliwość dyktowania i automatycznej zamiany słów na pismo. Dla kogoś ze zniszczonym kręgosłupem prawdziwe dobrodziejstwo.

Kolejna sprawa – wspomaganie. Kiedyś bez papierosa nie mogłam zabrać się do pisania, potem przyszły kartki na papierosy i konieczność odzwyczajenia się ze względu na zdrowie, a w ślad za tym niemoc twórcza. I ciągle brak czasu na pisanie, aż do emerytury. Walcząc z tymi przyziemnymi przeciwnościami, nie jestem w stanie myśleć o wymaganiach stawianych pisarzowi przez czas. Chyba że przestaję pisać. Potem zaczynam pisać i zapominam o tym, co ustaliłam. Refleksje przychodzą przy okazji takich wywiadów jak ten.

J.K.: Ja też pamiętam czasy bezkomputerowe i tym samym bezinternetowe, że tak je określę. Moja młodzieńczość to pisanie w zeszytach, potem te swoje wczesne literackie próby przepisywałam na maszynie do pisania, ale nigdy nie podjęłam się eksperymentu gonienia własnej myśli topornymi klawiszami maszyny… To były przecież „guziki” zupełnie inne od tych mięciutkich klawiatur, które znamy z dzisiejszych komputerów. Tak że podziwiam Panią, że odważyła się Pani pisać na maszynie na gorąco, to znaczy bez wsparcia uprzedniego rękopisu. Ale chciałabym dopytać tu Panią o co innego, a konkretnie: nie o co, a o kogo – o dziadka. Czy analizując jego teksty, znalazła też Pani podobieństwa pomiędzy Waszymi umysłami pisarskimi, czy wyłącznie różnice w podejściu do budowania literatury? Bo Pani kondensuje, a Pani dziadek opowiada, gawędzi, jak Pani mówi – ale czy coś Wasze teksty łączy, czy w jakichś obszarach pisania manifestuje się jakoś Wasze pokrewieństwo?

K.A.U.: Jest jedno, zasadnicze podobieństwo, może bardziej widoczne w moich felietonach babci ezoterycznej [pisarka nawiązuje do nazwy swego bloga – przyp. red.] – nieco kostyczna złośliwość w opisach polskiego życia codziennego za czasów PRL-u. Co zabawne, mój dziadek był typowym konserwatystą, jak się dzisiaj określa, opcji prawicowej, ja zaś do dziś nie wyzbyłam się całkiem opcji lewicowej, choć w czasach słusznie minionych oskarżano mnie o ukrytą opcję liberalną. W praktyce różniło nas jedynie pojmowanie roli kobiety i rodziny. Nawet nie religii – bowiem mój dziadek uważał religię za konieczny element utrzymania w ryzach kobiet i ludzi z nizin społecznych, a sam był dość sceptyczny w sprawach Boga.

Ten przykład pokazuje, jak zaszeregowanie polityczne jest złudne i krótkotrwałe, podatne na chwilowe mody i potrzebę tworzenia podziałów, nawet całkiem bez sensu.

Poza tym mój dziadek jako nauczyciel i inspektor szkolny wierzył w moc sprawczą nauki i wychowania, był także nastawiony silnie prospołecznie, co pozwoliło mu całkiem dobrze funkcjonować w PRL-u mimo jego poglądów.

Mój stosunek do poglądów politycznych i religijnych jest podobny – nie uważam ich za jakieś wyznaczniki wartości danej osoby.

Pisarze „wykorzenieni” piszą najciekawsze książki

J.K.: Jako redaktor zauważyłam w Papieżycy Odwróconej cechy kilku gatunków i konwencji. Konwencję obyczajową, realistyczną, także walory reportażu literackiego i cechy do niego przeciwne, jak wspomniane wcześniej nuty fantastyki czy realizmu magicznego. Znajdziemy w Pani najnowszej powieści nawet element podobny do dziennika i pobrzmiewanie języka prasy międzywojnia. I pomimo tak licznych i rozbieżnych konwencji cała powieść jest bardzo spójna, harmonijna, a wręcz skondensowana i treściwa. Proszę powiedzieć, czy do takiego kunsztu pisarskiego – do takiej świadomości w odważaniu poszczególnych elementów struktury i estetyki powieści – doszła Pani z latami pracy pisarskiej, czy jest to Pani naturalny styl pisania, rozumowania literackiego?

K.A.U.: Od dzieciństwa tak miałam, że fascynowały mnie różne sprawy. Moja mama mawiała, że stale mam „nowe sitko na kołku”. Pierwsza moja fascynacja to wulkany i trzęsienia ziemi, kolejna związana była z preparowaniem i pomniejszaniem głów osób zmarłych w różnych kulturach. Oczywiście nie znajdowałam na te fascynacje odpowiedzi w programach szkolnych, ale za PRL-u biblioteki były dostępne wszystkim. Te fascynacje znalazły odbicie w mojej powieści Sierotka, gdzie biedna wiejska dziewczyna w przypadkowych odwiedzinach w muzeum Azji i Pacyfiku odnajduje swoje życiowe drogowskazy.

Kiedy wskutek wypadku drogowego zostałam na długie miesiące bez pracy, a w końcu przeszłam na emeryturę i mogłam zaprzestać doskonalenia zawodowego, zainteresowałam się ezoteryką, odnajdując jej ślady w swoim i cudzym życiu. Interesowały mnie wszystkie systemy wróżebne stosowane przez człowieka na przestrzeni wieków, niektóre z nich, np. tarota, sprawdzałam w miarę swoich możliwości. Długi czas zajmowałam się astrologią, jednakże zawsze traktowałam ją bardziej jako system porządkujący moją wiedzę o świecie, pewien rodzaj zegara, niż metodę prognostyczną. Sądzę, że astrologia pozwala dostrzegać wiele związków między podmiotami naszego zainteresowania, które inaczej nie byłyby rozpoznane. Jako Babcia ezoteryczna poświęciłam wiele felietonów takim związkom. Obecnie już mniej interesuję się tymi dziedzinami, uzupełniam swoją wiedzę historyczną, a właściwie historię wiedzy o historii. Trochę to zabawne dla mnie, bowiem w szkole i potem, na studiach, historia była najmniej lubianym przeze mnie przedmiotem. Zresztą uważam dziś, że winę ponosił nie tylko program nauczanej w tamtych czasach, zafałszowanej i okrojonej historii, ale też i nauczyciel, oficer prowadzący jednocześnie przysposobienie wojskowe, ze strzelaniem z kbks-u.

Każda z moich fascynacji odbijała się w moich tekstach, co widać także w Papieżycy Odwróconej.

Zauważyłam jednocześnie, że wszystkie najciekawsze rzeczy dzieją się na pograniczach. W sztuce wygrywa pogranicze kultur; pisarze „wykorzenieni” piszą najciekawsze książki, ponieważ nawet mimowolnie podchodzą do zdarzeń z kilku punktów widzenia. Żyjąc od urodzenia w jednej kulturze, aby dostrzec więcej niż przeciętny zjadacz chleba, muszę dbać o to, by czerpać z jak największej gamy dostępnej mi wiedzy z różnych dziedzin. Wielu pisarzom przynosi popularność znajomość jakiejś dziedziny, rzadko dostępnej profanom. Wbrew pozorom czytelnik, zwłaszcza świadomy, chce przy lekturze także poszerzać swoją wiedzę. Taka bezpieczna pogoń za nowością.

J.K.: Sam tytuł Pani najnowszej powieści i parę wątków w treści nawiązuje do tarota. Co prawda znaczenie słów „Papieżyca Odwrócona” jest w kontekście Pani książki jeszcze szersze i głębsze, ale do tego każdy czytelnik musi dotrzeć sam – ta dogłębna interpretacja leży po jego stronie, Pani jako autorka jej nie narzuciła, choć oczywiście pozostawiła klucz. Korci mnie jednak, żeby zapytać Panią o zdanie na temat tarota – w naszej europejskiej kulturze miał on być przeciwwagą dla chińskiej Księgi Przemian, czyli I Chingu. Czym według Pani różnią się te dwa znane, hmm… systemy wróżbiarskie? Dwa sposoby „badania losu”…? Jak powinnam określić to, czym jest tarot, a w kulturze chińskiej I Ching? Ciekawi mnie Pani spojrzenie na ten temat.

K.A.U.: Każdy system wróżebny, czyli dywinacji, jest ściśle związany z czasem i miejscem, gdzie powstał. Obecnie rzadko to dostrzegamy, bowiem kultura, do której te systemy należą od najdawniejszych czasów, stała się transgraniczna, ponadnarodowa i o zasięgu ogólnoświatowym. Powszechna znajomość języków i dostępność tłumaczeń zaciera świadomość źródła pochodzenia, a tym samym sposobu myślenia twórców tych systemów – mam na myśli prawdziwe, a nie, hmm… systemy, a nie na przykład horoskopy gazetowe.

Recenzując pewną książkę Ewy Seydlitz, analizowałam kiedyś i porównywałam systemy symboli sabiańskich i tebańskich. Najkrócej mówiąc, są to zestawy symboli przypisanych na każdy dzień roku, wykorzystywane także w inny sposób do konstruowania wróżb, na przykład w sposób sprzężony z astrologiąpoprzez odniesienia do układu planet w momencie dywinacji, czy wyszukiwanie na chybił trafił lub według własnych układów liczbowych. Pierwszy z tych systemów powstał w USA, drugi bazuje na symbolach starożytnego Egiptu czerpanych z pisma obrazkowego. „Przymierzając” oba systemy wróżebne do własnych potrzeb, w pewien sposób je testując, korzystając z materiałów pomocniczych, odkryłam, że wiele obrazów pojawiających się w systemie amerykańskim – bez wyjaśnień nie byłoby dla mnie zrozumiałych. Odwołują się one na przykład do postaci z amerykańskich kreskówek, filmów czy ikon kultury zupełnie mi nieznanych. Bez spisu znaczeń nie dałabym rady ich zrozumieć i właściwie wykorzystać. Tymczasem problem ten nie wystąpił w ogóle przy symbolach tebańskich. Wrosły one tak głęboko w naszą, europejską kulturę – mimo że jesteśmy trochę na jej peryferiach, oddzieleni latami PRL-u – że instynktownie je rozumiemy i właściwie rozszyfrujemy ich znaczenie; spisy i słowniki znaczeń są jedynie przypomnieniem tkwiącej w nas wiedzy, odwołaniem do naszych, a nie cudzych archetypów.

Podobnie z tarotem, który pojawił się dawno w kulturze europejskiej i jego symbole widniejące na kartach zostały przyswojone bardzo dobrze dzięki nawiązaniu do znanych dzieł sztuki, na przykład Hieronima Boscha; szczególnie dotyczy to Wielkich Arkanów. Dlatego też zgrzytem wydaje mi się na przykład częsta zmiana w nowszych taliach karty „Papieżyca” na kartę „Kapłanka”, spowodowana zapewne religijnością nabywców talii, ponieważ czasy średniowiecza, gdy prawdopodobnie powstawały zaczątki tarota jako systemu wróżebnego, oddzielanego od wcześniejszej gry karcianej, nie znały kapłanek, choć znały jedną – możliwe, że legendarną – postać papieżycy Joanny.

Na tle tego I Ching lokuje się jako system kulturowo obcy, niezrośnięty z naszymi archetypami, o symbolice mniej zrozumiałej, często wręcz przeciwnie skierowanej, niż podpowiada nam nasza podświadomość. Dochodzi do tego sprawa tłumaczenia, a właściwie tłumaczeń, przeważnie nie bezpośrednio z języka chińskiego, a za pośrednictwem języka angielskiego. Mam kilka książek dotyczących wróżenia tym systemem i jedno tłumaczenie literackie księgi z lat 60. i – wierzcie mi – to są kompletnie różne teksty. W dodatku oryginalną dywinację prowadzono w oparciu o łodygi krwawnika, a nie rzuty monetą; używane łodygi miały różną wysokość i były przypisane do różnych rang wróżących, prawo interpretacji wyników miały tylko określone osoby, dysponujące rozległą wiedzą.

Tarot jest bardziej demokratyczny. To jednak stanowi także zagrożenie, bo wyraźnie zmierza w kierunku uproszczonym, „discopolowym”, od którego oczekuje się natychmiastowej, zero-jedynkowej odpowiedzi.

Rządzą nami handlowcy, a nie filozofowie

J.K.: Mówi Pani, że kultura stała się transgraniczna, ponadnarodowa, co skutkuje zacieraniem się świadomości różnych źródeł. Czy to dobrze, czy źle, że tak się dzieje? Pierwsze skojarzenie kieruje nas raczej w stronę wniosku, że źle, bo przecież świadomość źródeł to pamięć, wrażliwość na minione dzieje, człowiecza potrzeba snucia refleksji nad przeszłością i historią. Kim zatem staje się człowiek – i czym jest jego człowieczeństwo – jeśli nie pamięta, jeśli nie wie, gdzie szukać źródeł…? Z drugiej strony: a może coś zyskujemy na tej przemianie kulturowej, która się dokonuje na naszych oczach i również z naszym udziałem? Może zatarte źródła otwierają przed nami nowe przestrzenie do eksplorowania? Pytam o to, czy to nie jest przypadkiem tak, że każda przemiana, aby była skuteczna, musi wiązać się najpierw z utratą bądź wyrzeczeniem czegoś. Jak Pani jako człowiek i literat ocenia tę, powiedzmy, filozoficzną kwestię związaną z tworzeniem i konstytuowaniem się współczesnej, to znaczy dzisiejszej kultury, która, jak Pani powiedziała, jest transgraniczna?

K.A.U.: Jak wszystko, istotnie transgraniczność kultury ma swoje złe i dobre strony. Ja kieruję się taką zasadą: pragnę poznać jak najlepiej obce kultury, choć najswobodniej czuję się we własnej. Z biegiem czasu kultury te będą się coraz bardziej integrować, podobnie jak w kulturze antycznej zrosły się pierwiastki kultury wielu bardzo odmiennych narodów. Uważam jednak za szkodliwe i przedwczesne importowanie „na siłę” pierwiastków kultur obcych, ponieważ w ten sposób pozbawia się je całego wewnętrznego systemu znaczeń, zastępując zazwyczaj modnym lub handlowym, zaś w gruncie rzeczy handlowym, ponieważ moda jest obecnie narzucana przez handel i raczej nie odzwierciedla, jak w ubiegłych wiekach, pozycji i kondycji człowieka w społeczeństwie. Mam tu na myśli importowane święta jak walentynki, Halloween, ale również zapożyczenia z kultury buddyjskiej modne szczególnie w ezoteryce, a już nagminne przy tłumaczeniu znaczenia snów, gdzie owi tłumacze zapominają, czyje sny tłumaczą. Ja w tej kulturze nie wyrosłam i dla mnie jej atrybuty nie mają żadnego znaczenia, bowiem moja podświadomość posługuje się zupełnie innymi symbolami.

Nie oznacza to jednak, że obecne młode pokolenie i pokolenia przyszłe nie zintegrują tych elementów kultur, które ja uważam za obce. Powinny jednak kierować nami wszystkimi zasady: spokoju i rozwagi, jak zresztą we wszystkich działaniach, których przedmiotem jest całe społeczeństwo. Ale o to najtrudniej, bowiem rządzą nami handlowcy, a nie filozofowie.

J.K.: Porozmawiałyśmy odrobinę o tarocie i astrologii, to teraz, proszę, wróćmy na skorupę ziemską. Papieżyca Odwrócona w dużej części opowiada o biedzie – o ludzkiej, zwyczajnej biedzie. Takiej namacalnej, którą widać przez okno. Która jest prawdziwa, dotykalna. Taka bieda była udziałem naszego społeczeństwa w okresie międzywojnia, o którym traktuje Pani powieść, ale ona jest obecna także dzisiaj, pomimo naszego upartego gonienia Zachodu. Pani jako pisarka przygląda się tej biedzie, relacjonuje ją dla nas, dla czytelników, ale jednocześnie wcale tą biedą nie epatuje. Swoją literaturą nie stawia Pani biedzie pomników – pisze Pani z uczciwością, starannością kronikarza, bez popadania w refleksje sentymentalne, czułostkowe. Proszę powiedzieć: czy współczesnej – a właściwie nowoczesnej – literaturze nie brak trochę takiego właśnie prawdomównego spojrzenia na pewne kwestie życiowe? Przecież literatura nie musi być górnolotna ani pompatyczna, aby była atrakcyjna i głęboka…

K.A.U.: Ma pani rację, choć wyraża się pani nader oględnie. Uważam, że w literaturze współczesnej brak nie tylko trochę spojrzenia realnego, rzeczywistego, nieskażonego przyjętymi zasadami. Bieda jest tylko kolorowa i atrakcyjna w kulturach prymitywnych, ta zwyczajna, codzienna jest pozbawiona wyraźnych oznak wyróżniających. Wyzwaniem literatury współczesnej jest podporządkowanie się wielu wymaganiom, ale prawdziwość obrazu do nich nie należy. Przede wszystkim uważa się, że literatura ma podnosić na duchu, bawić, a nie wprawiać w depresję. Po drugie coraz więcej pisarzy nie pochodzi z lat ani krajów szczególnej biedy, te pokolenia powoli wymierają. Wyraźnie widać to po nagradzanych prestiżowymi nagrodami dziełach znanych pisarzy. Akcja ich książek nadspodziewanie często toczy się we własnym środowisku, ludzi kultury, filmowców, pisarzy, aktorów itp. Ostatnio dzięki pomocy wypożyczalni osiedlowej książek, które przynoszone są do mojego domu, nadrabiam zaległości w znajomości literackich noblistów z ostatnich lat oraz laureatów innych prestiżowych nagród. Główny bohater – pisarz, muzyk lub inny artysta – występuje na przykład w powieściach Patricka Modiano [Literacka Nagroda Nobla 2014 – przyp. red.], np. w Zagubionej dzielnicy, czy Kazuo Ishiguro [Literacka Nagroda Nobla 2017 – przyp. red.], np. w powieści pt. Niepocieszony.

Kiedy czytam kolejną książkę, której akcja toczy się wśród środowisk osób znanych i ważnych, zdarza mi się zgrzytać zębami. Niestety ta mania – biorąca się zazwyczaj z faktu, że pisarze przebywają w środowiskach bardzo izolowanych od „prawdziwego” życia – przeniosła się nawet na literaturę chińską, która długo stanowiła enklawę rzeczywistego życia, dość egzotycznego, żeby o nim pisać i żeby jednoczenie nie zagrażało to dobremu samopoczuciu człowieka Zachodu.

Większość ludzi lubi rzeczy wyraziste

J.K.: Pod skórą Papieżycy Odwróconej czai się zagadka kryminalna. Nie będziemy tu absolutnie zdradzać sekretów fabuły, więc nie mogę użyć staranniejszych słów: „zagadka kryminalna” to najlepsze określenie, jakie przychodzi mi teraz do głowy i którym mogę posłużyć się bezpiecznie, bez naruszania tajemnic treści. Jednak na pewno możemy powiedzieć, że Pani powieść – z wierzchu patrząc, tak niepozorna, bo przecież napisana przyjemnym w czytaniu językiem, do tego skondensowana – jest w istocie nie lada łamigłówką. Bardzo dużo zależy więc od czytelnika. Czy będzie potrafił połączyć ze sobą tropy rozsiane przez Panią w treści, na ile je połączy, jak je zinterpretuje… Czy jako pisarka nie obawia się Pani, że dzisiejszy świat może odrzucić to literackie zaproszenie do intelektualnej gry? Czy według Pani ludzie lubią jeszcze gry z pisarzami?

K.A.U.: Mam bardzo poważne obawy. Wiem, że są osoby, które czytają na tyle dużo, że stosowane powszechnie przez gorszych pisarzy schematy przejadły im się, ale na pewno czytelnicy ci nie należą do większości. Dlatego taka zagadka może większości przynieść rozczarowanie. Starając się im to wynagrodzić, naszpikowałam tekst, jak ciasto rodzynkami, ówczesnymi fake-newsami w rodzaju zaleceń do kobiet, żeby nie obcinały włosów na głowie, bo wyrosną im gdzie indziej, i prawdziwymi, ale zabawnymi doniesieniami, jak dekrety bolszewików zabraniających pocałunków – tu emotikon: „uśmiech z przymrużeniem oka”.

Ale już poważnie: większość ludzi lubi rzeczy wyraziste – albo gra, albo książka. Co za gra bez nagrody? Nie dowiemy się wszak, jak było naprawdę. Z drugiej jednak strony: czy dla pisarza jest sens robienia czegokolwiek, co powiela banalne schematy, jeśli pisaniem nie musi zarabiać? Ja mam emeryturę i mogę sobie pozwolić pisać dla wyrażenia siebie, a nie dla dochodów. Mam tylko nadzieję, że są czytelnicy, którym taka forma intelektualnej gry odpowiada. Wszak na co dzień zwykle człowiek stale stara się odgadywać lepiej lub gorzej sens dziejących się wokół niego wydarzeń. Ta gra – w odróżnieniu od realnego życia – nie niesie ze sobą ryzyka podjęcia niewłaściwych decyzji.

J.K.: Dużo rozmawia się dzisiaj o odczuwaniu i emocjach, a mniej o myśleniu – o potrzebach rozumu, o wyzwaniach dla intelektu. W Pani powieści sporo dzieje się w „przestrzeni pozakadrowej” – zostawia Pani czytelnikom otwarte drzwi do ich własnej wyobraźni. To sam czytelnik Papieżycy Odwróconej decyduje o tym, co dokładnie zaszło na drugim i trzecim piętrze powieści. Na tych ukrytych piętrach – tych nieopisanych wprost przez autorkę. Czy jest to ryzyko pisarza, które podejmuje Pani świadomie, stawiając na pisanie książek ambitnych? Czy może jest to optymistyczna wiara, że dynamiczna kultura obrazkowa nie wyprze tego, co jest istotą literatury?

K.A.U.: W pewnej mierze już odpowiedziałam na to pytanie. Jestem optymistką i jak mawiała moja mama, która lubiła bardzo przysłowia i nimi nas wychowywała: „Każda potwora znajdzie swego amatora”. Kultura obrazkowa rozwija się w swoim kierunku, literacka także. Przyjdą czasy – jak sądzę – dobre dla literatury, pod warunkiem, że dziełom ambitnym będą sprzyjały rządy i politycy. Na razie widzę jeden pozytywny aspekt – możliwość czytania na nośnikach, a nawet telefonach, to szczególnie przydatne dla starszych osób, gdy można powiększyć czcionkę lub nawet wysłuchiwać czytanych książek, korzystać z możliwości wypożyczania ich w ten sposób.

Paradoksalnie – epidemia koronawirusa trochę przewartościowuje rozrywki z korzyścią dla literatury.

Pozostawianie pola dla wyobraźni jest cechą każdej dobrej sztuki, obrazkowej i literackiej oraz muzycznej. Zaawansowany odbiorca takiej sztuki nie ceni dosłowności.

J.K.: Papieżyca Odwrócona niesie ze sobą prawdę historyczną, bo przecież w ramach tego, co dziś modnie nazywa się researchem, zbadała Pani masę autentycznych notek i artykułów prasowych z czasu międzywojnia, zbadała Pani tamten język, sięgnęła do przeszłości… Proszę zatem powiedzieć, co odróżnia robotę kronikarza od roboty pisarza – twórcy świata jednak fikcjonalnego, choć często tak bliskiego rzeczywistości… Gdzie przebiega ta granica pomiędzy prawdą a kreacją, którą musi z siebie wykrzesać autor literatury? Jak Pani jako pisarka oddziela te dwa światy i na ile pozostają one osobne, a na ile się zazębiają?

K.A.U.: Nie oddzielam tych światów, ja w nie po jakimś czasie weszłam. Wcieliłam się w bohaterów, ich oczami czytałam prasę, ich myślami przetrawiałam wiadomości. Powieść Papieżyca Odwrócona jest jedyną, dla której prowadziłam tak rozległe badania. Zaczęło się od tego, że pisana była na zamówienie jednego z wydawnictw historycznych, choć ostatecznie nie doszło w nim do jej wydania, ponieważ tekst uznano za krótki, co najmniej o połowę. W tym czasie zaczęłam mieć poważne problemy z poruszaniem się i nie mogąc udać się do wypożyczalni książek, odkryłam cały świat bibliotek cyfrowych, gdzie po zainstalowaniu odpowiedniego programu miałam do dyspozycji nie opracowania historyczne, których się spodziewałam, a skany tekstów źródłowych. Wciągnęło mnie to jak reklamowana w telewizji pizza, czytałam, czytałam i nie mogłam przestać. Trwało to, ta moja fascynacja, blisko dwa lata, aż zrosłam się z tamtym światem.

Pyta Pani, gdzie jest granica? Nie wiem. Tego doświadczenia już nie powtórzę; skończyłam siedemdziesiąt siedem lat, zbyt mało mi czasu zostało.

J.K.: Mówiłyśmy o historii, o międzywojniu, ale przecież treść Pani powieści kapitalnie łączy się ze światem dzisiejszym. Gdyby tak przysiąść i się zastanowić, to bohaterowie Papieżycy Odwróconej nie są wcale specjalnie różni od użytkowników mediów społecznościowych typu Facebook… Świat przeszły i dzisiejszy okazują się zbieżne, a nie tylko inne czy odrębne. I wtedy, i teraz widzimy „ludzkie wariactwo”, pogoń za milszym, bardziej kolorowym życiem, chęć zaimponowania innym, potrzebę walki o to, aby uznano nas za swoich – tutejszych i lubianych… Do kogo tak naprawdę – do jakiego rodzaju czytelnika adresuje Pani swoją powieść? Do młodego czy dojrzałego? Do poszukującego i „głodnego” czy jednak do stabilnego, o uformowanej tożsamości?

K.A.U.: Słusznie Pani zauważyła, jak niewiele dzieli Facebook od „Kuryera” i podobnych gazet codziennych z lat 1916-1926. Fascynacje dziwnymi wydarzeniami, teorie spiskowe, polityka zmieszana z poradami z dziedziny gospodarstwa domowego i mody, gdzieś w tle toczące się potyczki z bolszewikami, a tu i ówdzie reklamy. Fascynująca siermiężność i naiwność przeplatana ze sprawami poważnymi i skomplikowanymi. I język, czasem wulgarny, czasem urzekający, z zapomnianymi dziś słowami – takimi jak „tanecznicy” czy nazwy tkanin. I jak wszędzie – sprawy zamiatane pod dywan, których łatwo się domyślić.

Nie zastanawiałam się nad czytelnikiem. Moja poprzednia powieść, Sierotka, była adresowana do osób starszych, nieco tylko młodszych od bohaterki powieści urodzonej w 1952 r. Papieżycę Odwróconą kieruję po trosze do wszystkich, zwłaszcza do tych, którzy interesują się historią rodzin i których nie zmyli konwencjonalna fotografia, jakie robiono w tamtych czasach przy okazji ślubów. Miała ona być swego rodzaju dyskusją z moim nieżyjącym już mężem, zajmującym się amatorsko genealogią pojmowaną tradycyjnie – jako siatkę urodzeń i zgonów, gdzie rodzinne afery skrzętnie się ukrywa, eksponując tytuły i zasługi, i koniecznie wywodząc szlacheckie pochodzenie rodu.

Trochę tak jak na pewnej facebookowej grupie, gdzie ludzie przesyłają czarno-białe lub w pięknej barwie sepii zdjęcia przodków – celem pokolorowania lub usunięcia wiejskiej chustki z głowy babci, czy prababci, nie bacząc na to, że wówczas nie sporządzano kolorowych fotografii zwykłym ludziom.

J.K.: Z opisu okładkowego Papieżycy Odwróconej wiemy, że główną bohaterką jest Tala – uboga dziewczyna z prowincji, która robi wszystko, aby zabłysnąć na scenach kabareto-kawiarni. Ale obok Tali występuje kilku bohaterów – każdy z nich został przez Panią obdarzony należytą uwagą. Na karty powieści wprowadza nas Lenka – dziewczynka. Dziecko, którego obecność w tej opowieści – wnosi do książki wiele. Przyznam się szczerze, że jako czytelnik byłam bardzo dotknięta Lenką – moim zdaniem ta postać jest niesłychanie ważna. Dlatego ciekawi mnie: czy w realnym świecie istnieje „prototyp” Lenki? To znaczy: na ile to dziecko jest symbolem dzieci z określonej grupy środowiskowej, a na ile jest jednostką – indywidualnością?

K.A.U.: W moim zamierzeniu Lenka miała być główną bohaterką książki, tylko nieco ukrytą, jak dziewczynka, która chowała się pod serwetą przykrywającą stół. I chyba dla mnie taka jest, choć papieżyce odwrócone są dwie. Może nawet jest ich więcej.

Tak, istnieje prototyp Lenki, jak zresztą wszystkich członków rodziny. Paradoksalnie, pisząc powieść, najmniej wiedziałam o Tali. Rzeczywista Lenka trafia do sierocińca, gdzie spędza także część swojego dorosłego życia, jako nauczycielka. Wychodzi za mąż, ma dzieci, przeżywa II wojnę światową, potem pędzi życie podobne życiu przeciętnej kobiety w PRL-u, wpisującej w ankiety zawód „przy mężu”, zmagając się do śmierci z biedą i życiowymi przeszkodami. Z jej talentów pozostają jedynie sny prekognicyjne, nikomu na nic nieprzydatne.

Jeżeli pamięta Pani sen Lenki z rozdziału pierwszego, to rzeczywista, wyśniona wcześniej sytuacja miała miejsce dwadzieścia pięć lat później, w czasie powstania warszawskiego. Helena, wówczas mężatka z półtoraroczną córką i w ciąży z drugim dzieckiem, spędza dwa miesiące w przygodnej piwnicy, chora na czerwonkę, z majątkiem w postaci dwóch pieluszek, suszonych na własnych, rozpalonych gorączką plecach, i znanej z powieści bransolety na przedramię, z wężem Uroborosem połykającym swój ogon i z oczami z brylancików, którą zamienia na woreczek cukru – stanowiący jedyny ich pokarm. Kiedy w piwnicy zabrakło wody, mieszkańcy kamienicy wysłali Helenę z wiadrem do ulicznej pompy, przekonując ją, że snajper nie będzie strzelał do kobiety w ciąży z dzieckiem na ręku. Cóż, kiedy strzelał…

Wydarzenie to, mimo że Helena i jej dzieci przeżyły, przez specyficzny splot przypadków odcisnęło się na życiu dwóch następnych pokoleń – córek Heleny i dzieci jednej z nich. Z tego właśnie powodu, transmisji międzypokoleniowej, było to ważne, ale czy sen prekognicyjny małej dziewczynki mógł na coś wpłynąć?

J.K.: No właśnie: czy mógł na coś wpłynąć? To znaczy: Pani uważa, że mógł, że nie mógł, czy też może wstrzymuje się Pani od tej oceny? Chodzi mi o to: czy aby nie za dużo tu przypadków jak na zwykły przypadek…? Czy to nie jest zbyt dziwne – a przez to bardzo wyraziste i poruszające – że mała dziewczynka śni coś, co odciska się potem na życiu dorosłej Heleny, jej córek i wnuków? Może nie odciska się wprost, ale treść snu łączy się z późniejszymi wydarzeniami z prawdziwego życia, to splątanie wydaje się zatem wystarczająco zdumiewające, aby go nie ignorować…

K.A.U.: W żadnym wypadku nie mógł. Dam tu przykład z pewnego filmu o Nostradamusie, który swego czasu zrobił na mnie wrażenie. Wizjoner ten, autor Centurii (1503-1566) zawierających wieloznaczne proroctwa, w filmie porusza się powozem przez ulice miasta, gdy doznaje wizji. Przedmiotem tej wizji jest scena wojenna z II wojny światowej, z umundurowanym żołnierzem czepiającym się okna karety, uciekającym przed wybuchami bomb zrzucanych z samolotów. Dla średniowiecznego człowieka widok ten był kompletnie niezrozumiały – wojny były zawsze, ale broń odmienna – dlatego zapewne usiłował go opisać, posługując się symboliką dostępną mu w owym czasie, którą obecnie „dopasowuje się” do współczesności z lepszym lub gorszym skutkiem, zakładając w dodatku, iż wszystkie wizje muszą się spełnić.

Helena nie dysponowała ani zdolnościami, ani wiedzą Nostradamusa, i dlatego nie była w stanie opisać niemieckiego snajpera ostrzeliwującego kobietę z wiadrem na wodę przy pompie – co w owych czasach, braku nawet w stolicy wodociągów i kanalizacji, było widokiem zwyczajnym i banalnym. Do motywu tego wracam w powieści Taniec kury – gdzie Helena już jako matka opowiada dzieciom swój sen. Trzecie pokolenie, czyli wnukowie Heleny, doznało uszczerbku na zdrowiu za sprawą leczenia jej córki po owym epizodzie, co wykryto wraz z postępem nauki dopiero w XX wieku, a czemu można bez trudu zapobiec dopiero obecnie.

Jeśli chcesz poznać, co w tobie najgłębsze, umiej się zatrzymać

J.K.: Pani Katarzyno, poruszyłyśmy w tej rozmowie wątki poważne, trudne, literackie, więc proponuję zakończyć wywiad lżej, chociaż… może ten temat też okaże się poważny…? Proszę powiedzieć: czy dojrzała pisarka Katarzyna Anna Urbanowicz ogląda telewizję? Czy w tym świecie zewnętrznym, który nas otacza i w którym żyjemy, i w komunikatach na jego temat znajduje Pani jakieś pierwiastki… nie wiem: zabawne albo miłe oku…?

K.A.U.: Oczywiście, że oglądam, ale raczej tylko podstawowe wiadomości i niektóre, wybrane filmy. Więcej jednak czytam. Staram się jednak być ze wszystkim na bieżąco. Prenumeruję prasę i wykupiłam dostęp do filmów i seriali HBO i Netflixa. Niestety z tymi ostatnimi jest kłopot. Chyba ponad dziewięćdziesiąt procent dostępnych produkcji poświęconych jest bohaterom przestępcom i gangsterom, najczęściej narkotykowym, a w pozostałych dziesięciu procentach wątek kryminalny lub sensacyjny jest obowiązkowy. Nudzi mnie ogromnie ta konwencja.

Ponieważ lubię być złośliwa, dodam, że niektórzy z moich przyjaciół nie skończyli lektury Sierotki, ponieważ uznali, że książka jest zbyt okrutna! A przecież tam nie ma wśród bohaterów żadnego trupa, o ile się nie mylę, żadnego przestępcy ani żadnych narkotyków!…

J.K.: Pani Katarzyno, ależ na kartach Sierotki jest trup! Mało tego: wzmianka o trupie pada w pierwszym zdaniu powieści, w prologu… Chociaż oczywiście nie występują w niej przestępcy narkotykowi.

K.A.U.: No tak! W dodatku dzieciątko nowo narodzone! Zapomniałam już o nim. Widać dzisiejsze proszki do prania z wybielaczem i różnymi systemami działają też na pamięć, wybielają ją i pozbawiają niemiłego zapachu, o jakim w tej scenie mówiłam, opisując wizytę sąsiadek, które z jego powodu zainteresowały się opuszczoną, samotną położnicą…

W każdym razie człowiek taki jak ja, który ma już w życiorysie ukończone dwie kosy [77 lat – przyp. red.] i wśród przodków szyderców, dowcipnisiów i niewydarzone postaci proszące się o groteskę, może już tylko śmiać się i nie za bardzo przejmować. Jeśli przeżyło się wojnę, stan wojenny, system kartkowy, totalne zniewolenie i pranie mózgu we wczesnym dzieciństwie, ma się – nawet nie wychodząc z domu – znakomitą przewagę nad nieopierzoną młodzieżą i politykami wykonującymi nieskoordynowane ruchy. Na szczęście Internet pełen jest dowcipów, nawet niezłych, są więc gdzieś tam w odmętach klęsk bratnie dusze!

J.K.: I tym pięknym akcentem proponuję zakończyć tę naszą rozmowę… właśnie tym: „gdzieś tam w odmętach klęsk są bratnie dusze!” – wspaniale powiedziane! Dziękuję za cudowną rozmowę!

K.A.U.: Ja także dziękuję. Istnieje takie powiedzenie, które kiedyś przeczytałam na plakacie przedstawiającym górskie szczyty i wodospady w latach 90., w chwili bardzo ważnej dla mojego zagrożonego wówczas życia: „Jeśli chcesz poznać, co w tobie najgłębsze, umiej się zatrzymać”. Sądzę, że tę naukę przerabiamy dziś jako społeczeństwo, a mnie ten wywiad uprzytomnił po raz kolejny aktualność tej sentencji.

***

Katarzyna Anna Urbanowicz – autorka związana z nurtem science-fiction, tworząca także opowiadania o tematyce obyczajowej. Publikowała w prasie (m.in.: w „Sferze”, „Odgłosach”, „Voyagerze”) oraz w antologiach: Rok 1984 (Alma-Press, 1988), Niech żyje Polska. Hura! (Fabryka Słów, 2006) i A.D.XIII (Fabryka Słów, 2007).

W roku 1983 – laureatka nagrody głównej Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Fantastyki za opowiadanie pt. Plama na wodzie; zbiór opowiadań pod tym samym tytułem został wydany w 1986 r.

W roku 1987 – zdobywczyni nagrody głównej w konkursie „Świadectwo współczesności” za powieść pt. Taniec kury.

Powieść pt. Papieżyca Odwrócona (2019) możesz kupić w księgarniach:

Więcej księgarni na liście widocznej na profilu książki w serwisie Lubimy Czytać.

Jeżeli spodobał ci się wywiad z pisarką, koniecznie odwiedzaj fictomercial,pl. Już niedługo na łamach serwisu ogłosimy konkurs, w którym możesz wygrać poprzednią powieść autorki, Sierotkę (2016) – z autografem!

Artykuł nie jest sponsorowany.

Zapraszamy cię także do obejrzenia krótkiego filmu o powieści pt. Papieżyca Odwrócona:

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *